Herb Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu Waldemar Kuczyński
Cienka żółta linia

PIĘTNAŚCIE LAT PO CUDZIE.

 

W 1958 roku opuściłem mury Naszej Szkoły. W roku 1960 po nieudanym starcie na Politechnice Poznańskiej zacząłem studiować ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim. Trzy lata później związałem się ze zbuntowaną, pod przewodem Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, częścią młodzieży partyjnej na Uniwersytecie. Chcieliśmy lepszego PRL-u. Tak się zaczęła moja wojna z systemem i droga do wolności. W roku 1966 wyrzucili mnie z PZPR i z pracy na Uniwersytecie, a w dwa lata później, podczas „wydarzeń marcowych” zacząłem smakować wikt więzienny. Od roku 1975 należałem do środowiska nazywanego „opozycją demokratyczną”, wykładając na prywatnych, nielegalnych wykładach i pisząc pod nazwiskiem do głównych pism drugiego obiegu. Już nie chcieliśmy lepszego PRL-u, lecz jego końca. W roku 1980 znalazłem się u narodzin „Solidarności”, jako ekspert Wałęsy w stoczni Gdańskiej, a w szesnaście miesięcy później znów trafiłem za kratki. Potem stałem się na osiem lat człowiekiem wolnym, ale nie we własnej Ojczyźnie, we Francji, bliskiej nam Polakom, ale jednak nie naszej. Nadal podgryzałem PRL pisząc i nadając przez radio Wolna Europa, z wiarą, że to podgryzanie, przez wielu przecież, coś w końcu da, ale bez jakiejkolwiek nadziei, że zobaczymy to i posmakujemy, że stanie się cud za naszego życia. I stał się cud. Rok 1989, jutrzenka ponownie odzyskanej niepodległości i wolności we własnym kraju. Powstawała Trzecia Rzeczpospolita. Już to było szczęściem trudnym do wyrażenia, a tu jeszcze znalazłem się u samych źródeł tego rodzenia się naszej wolności, jako bliski doradca Tadeusza Mazowieckiego i minister jego rządu. To był cud i to nie był sen. To była prawda.

A jaka jest prawda w piętnastą rocznicę tego cudu? Po pierwsze ta, że jesteśmy niepodlegli i to, że nie siłą ani wyrokiem możnych tego świata, lecz naszym narodu wysiłkiem i wolą staliśmy się członkiem Unii Europejskiej. Staliśmy się członkiem, a więc i od tej pory współtwórcą najwspanialszego pokojowego projektu w historii naszego targanego przez wojny kontynentu. Przez prawie trzysta lat, z przerwą na dwudziestolecie, nie my, lecz sąsiedzi decydowali, czy Polska ma być i, jaka ma być. Od 1989 roku my decydujemy, jaka ma być Polska, a od maja 2004 roku współdecydujemy o tym, jaka ma być Europa. Prawda druga – od 15 już lat żyjemy w demokracji, w ustroju niedoskonałym, bo taki jest z natury, a u nas jeszcze młody, ale jedynym, który pozwala jednostce być wolną. Pozwala we własnym państwie, być obywatelem, a nie poddanym, czy wręcz niewolnikiem. Po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 demokracja, a więc i wolność obywatelska przetrwały 8 lat. Potem nastała dyktatura, swojska, nie tak brutalna, jak inne, jej współczesne, ale duszna, jak dyktatura. Wolność jest jak powietrze, nie czuje się, czym jest, gdy jest, zaczyna się czuć, kiedy się ją traci. Warto o tym zawsze pamiętać. Prawda trzecia, zeszliśmy z fałszywej, szkodliwej drogi rozwoju gospodarczego narzuconej przez sowiecki system i przez imperialne ambicje ówczesnego „Wielkiego Brata”. Oczywiście rozwijaliśmy się, budowano fabryki, drogi, domy, ludziom się powoli poprawiało, każdy łatwo zdobywał etat, szliśmy do przodu. Rzecz w tym, że był to marsz w ślepy zaułek, a nie na otwarte przestrzenie. Prawie do końca PRL budowaliśmy gospodarkę z potężnym segmentem wojennym, gospodarkę najchętniej robiącą wiele marnych maszyn, dla zrobienia jeszcze więcej marnych maszyn. Nikła zdolność do postępu technicznego, niewrażliwość na potrzeby konsumentów, i nade wszystko marnotrawstwo wysysające zasoby, także zasoby pracy, dewastujące środowisko, to musiało skończyć się godziną prawdy i załamaniem. Przeżyły je wszystkie kraje odchodzące od komunizmu, także Polska. Od 1989 roku jedna piąta planety wygrzebuje się ze ślepego zaułka przebudowując, z różnym skutkiem, źle rozwinięte gospodarki. Większość naszych problemów ma nadal źródła w okresie PRL. Jej wykrzywione dziedzictwo jest pierwszą przyczyną dolegliwości, jakie odczuwa społeczeństwo. Dopiero po niej są błędy polityki.

Napisałem o różnych skutkach tej przebudowy, czyli transformacji, w poszczególnych krajach. A jak my się na ich tle lokujemy? Całkiem dobrze. Byliśmy pionierami transformacji i jesteśmy nadal w niewielkiej grupie krajów, w których przebiega ona najlepiej. Nasz kryzys był najkrótszy i najpłytszy. Żaden kraj pokomunistyczny w całym piętnastoleciu nie rozwijał się tak szybko, jak Polska i w żadnym produkt krajowy nie wzrósł tak wysoko, jak w Polsce. Skróciliśmy wydatnie dystans dzielący nas od bogatszych sąsiadów, Czech, Słowacji i Węgier i zostawiliśmy daleko w tyle kraje dawnego ZSRR. W żadnym kraju przechodzącym transformację stopa życiowa społeczeństwa, jako całości, nie wzrosła tak wysoko, jak w Polsce. Minione lata to ogromny postęp w zmniejszaniu marnotrawstwa po gospodarce komunistycznej. Wzrost PKB o 50 % uzyskano przy wydobyciu węgla mniejszym o jedną trzecią, zużyciu wody mniejszym o jedną czwartą i bez wzrostu zużycia energii elektrycznej. Ktoś się tu może uśmiechnie, ale to jest wielki sukces z punktu widzenia gospodarczej sprawności kraju i jego zdolności do rywalizacji ekonomicznej. Nie ma nic do śmiechu. 15 lecie to również wielkie leczenie zniszczonego przez „gospodarkę planową” środowiska; spadek ilości ziemi zdewastowanej (o 27%), spuszczanych ścieków (o 22%), w tym nieoczyszczanych (o 84 %), trucizn emitowanych do atmosfery (od 18 do 73 % zależnie od gatunku). To wzrost przeciętnego trwania życia noworodka (chłopca) o prawie cztery lata, i dziewczynki o ponad trzy lata, a trzydziestolatków o około 2,5 roku, wreszcie spadek umieralności niemowląt z ponad 20 promili u schyłku PRL, do mniej niż 8 promili. Na koniec wskaźnik nie najważniejszy, ale wymowny. W roku 1990 samochód miało 26 % robotniczych gospodarstw domowych, 36 % gospodarstw chłopskich i 9,5 % gospodarstw emerytów i rencistów. Czternaście lat później samochód (nie muszę dodawać, że porównywalnie zupełnie innej klasy) jest w połowie gospodarstw robotniczych, w trzech czwartych gospodarstw chłopskich i w ponad jednej czwartej gospodarstw emerytów i rencistów. Podobnie wygląda sprawa z wyposażeniem gospodarstw domowych w inne dobra trwałe. Polska jest krajem transformacyjnego sukcesu, choć to ciągle sprawa nie skończona.

Czy to, co napisałem jest całą prawdą o 15 – leciu i Trzeciej Rzeczpospolitej? Oczywiście nie jest całą prawdą. Do prawdy należy trzy miliony bezrobotnych i mniej więcej tyle samo ludzi żyjących w głębokiej biedzie i sporo więcej takich, którym nie zawsze udaje się związać koniec z końcem. Do prawdy należy poczucie braku bezpieczeństwa na ulicy, czasem we własnym domu, przekupność i niesprawność administracji, afery, kłótliwość polityków, marna jakość prawa i skuteczność jego egzekwowania. Można tę listę wydłużyć. Dzisiaj 15 lat od 1989 roku opinia społeczna sądzi Trzecią Rzeczpospolitą wedle tej głównie, negatywnej listy. To jest zrozumiałe. Wystający gwóźdź w bucie jest jego niewielką częścią, ale potrafi obrzydzić chodzenie. Takich gwoździ pojawiło się sporo, ale to nie znaczy, że but jest zły. Lista negatywna to jest najdokuczliwsza część prawdy o Polsce. To dobrze, że jesteśmy na nią wrażliwi, i trzeba tę listę skracać. Ale i ona nie jest całą prawdą o Polsce, ani nawet najważniejszą. Najważniejsza jest dobra lista. Ona przesądzi o naszej przyszłości, nawet, jeśli przestaliśmy ją dostrzegać. Tak to jest, dobro, które trwa szybko znika z pola widzenia i odczuwania. Zdrowego serca nie czujemy i z tym nam jest dobrze. Ale to jest także stan zwodniczy, który wielu ludzi doprowadza na sale reanimacyjne, albo i gorzej. W piętnastą rocznicę od cudu roku 1989 warto, więc uzmysłowić sobie ile zmieniło się w Polsce na dobre. Także po to, żeby nie zmieniło się w naszej Ojczyźnie na gorzej, przez niedostrzeganie i lekceważenie, tego co na się udało.     

Cienka żółta linia

PEDAGOG I DAMA Z ASNYKA

Wspomnienie o profesor Wandzie Gorgoniowej.

Przyszedłem do liceum Asnyka we wrześniu 1954 roku, ze szkoły podstawowej numer 13 mieszczącej się na ulicy Kordeckiego niedaleko kościoła św. Gotarda na Rypinku. W podstawówce byłem prymusem, w Asnyku pierwsze wypracowanie z polskiego, u profesora Męczyńskiego, zaliczyłem ledwo na tróję, a na pierwszy okres zainkasowałem dwie dwóje - z matematyki i chemii. To był szok. Początku szkoły nie wspominam dobrze; mały, zalękniony, kulejący, wystawałem w czasie przerw pod oknem tęskniąc do ostatniej lekcji i wyrwania się z tego domu zawodu i frustracji (wtedy to słowo jeszcze chyba nie istniało). Tak; zaczęło się od wielkiego zawiedzenia. Potem się poprawiało, ale powoli - jeszcze w dziewiątej klasie chciałem rzucić szkołę i pójść na praktykę do wuja kuśnierza. Na szczęście matka wybiła mi to z głowy.

   Zacząłem naukę od VIII b, pod ręką profesor Wandy Gorgoniowej, wychowawczyni, która w cztery lata później doprowadziła nas do matury i wkrótce odeszła na emeryturę. Była to dama starej daty - w dobrym tych słów znaczeniu. Uczyła już przed wojną, pochodziła ze Wschodu Polski i chyba z rodziny wojskowych. Głowy nie dam, że to wszystko prawda, ale takie zostały mi skojarzenia. Zawsze gustownie ubrana, przewaga kolorów szarych i szaro jasnych, żakiet, spódnica trzy czwarte, coś kolorowego pod szyją, apaszka, czasem bluzka z żabotem. Starannie upięte, bujne srebrne włosy, twarz poważna, raczej mądra niż urodziwa, naznaczona już wiekiem, oczy przenikliwe, bardzo głęboko osadzone. Te spoglądające z głębi oczy to był najbardziej charakterystyczny rys urody naszej wychowawczyni. Głos; jaki miała głos? Wydobywam zapisane w pamięci dźwięki z przed czterdziestu lat - tak, mówiła altem. Głębokim altem, lekko metalicznym, ale z nutą ciepła. Żyła samotnie, mieszkała w Alei Wolności, tuż przy sądach na pierwszym piętrze. Lubiła literaturę i teatr - bardzo ceniła Ejchlerównę i - może trochę mniej - Ninę Andrycz. Miała zwyczaj przesiadywać przy oknie i patrzeć na ulicę. Wiedziało się o tym, więc przechodząc obok jej okien należało zgasić papierosa. Nie dobrze też było spacerować pod nim zbyt późno z jakąś „jagiellonką”. Wobec czternastoletnich podrostków była „mamą” surową. Na początku jej nie lubiliśmy i baliśmy się jej. Dostała ksywę „żandarm”, to mówiło wszystko. A jednak nie wszystko. W miarę jak płynął czas i podrostki zamieniały się w młodzianów pod wąsem między nami a nią ocieplało się, „żandarm” znikał, okazało się, że był bardziej metodą niż charakterem. Pod koniec szkoły mówiło się o niej tylko „Wandzia”, czule, pieszczotliwie wręcz, choć to nigdy nie było kumplowanie, ale była bliskość. Kiedyśmy się rozstawali w roku 1958 zapewniała, że zapamięta naszą klasę, bo zamykaliśmy jej służbę roli wychowawczyni, tak jak zapamiętała swoją pierwszą klasę, która życie zawodowe jej otwarła. Uczyła rosyjskiego. Wiedziała, że niechętnie zabieramy się do tego języka, nie tyle z lenistwa, choć to też, ale również z „patriotycznego” oporu, oczywiście bez wyraźnie manifestowanych przekonań. Raczej z takiego ogólnie złego stosunku do Rosjan i wszystkiego, co rosyjskie. Była wymagająca, twarda w zadawaniu do domu i w odpytywaniu, wkuwaliśmy na pamięć całe długie strofy poezji, do dziś sporo pamiętam. Zostały mi po tym solidne podstawy rosyjskiego. Przydały się długo, długo później, w latach siedemdziesiątych. Gdy „czerwony” trzymał mnie na politycznym bezrobociu dorabiałem na życie tłumaczeniem książek rosyjskich ekonomistów – matematyków, a na emigracji korzystałem obficie z wyboru prasy rosyjskiej robionego w Radiostacji „Swoboda”. Dziś, gdy u progu emerytury zacząłem szperać za moimi przodkami po foliałach akt metrykalnych, bardzo mi się mój rosyjski przydaje. Wszak od upadku powstania styczniowego 1863 roku metryki sporządzano tym języku.

W czasach, kiedy chodziłem do szkoły nauczyciele w Asnyku starannie unikali ujawniania opinii o otaczającej nas świeżo - postalinowskiej rzeczywistości, sprzecznych z oficjalnymi. Nie wykluczone zresztą, że niektórzy ją, z różnych powodów, uważali za swój świat. O części profesorów mówiono, że są z tak zwanego awansu społecznego. Znaczyło to, że dostali „polityczny” przydział do oświaty, wedle zasady, którą wtedy ujmowało powiedzenie; ”nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Zachowałem w pamięci wspomnienia raczej wstrzemięźliwego stosunku ówczesnego dyrektora do wydarzeń październikowych 1956 roku, kiedy one dotarły pewnego szkolnego poranka do szkoły. Nie pamiętam więc ani jednego momentu, ani jednego wydarzenia, które by pokazywało, że ktoś z Ciała Pedagogicznego nie lubi „kumuny”, jak się mawiało z kaliska. Ani jednego za wyjątkiem pewnego faktu wiążącego się właśnie z naszą wychowawczynią. Nie mogę powiedzieć, czy miał on miejsce jeszcze przed październikowym przełomem, czy już po nim. Ale nawet po październiku świadczył o dużej odwadze i także o zaufaniu do nas. Pamiętam, że to było dla mnie i chyba też dla klasy, wydarzenie, które spowodowało, że do pewnej bliskości, jaka w ciągu kilku lat się ukształtowała między nią a nami doszła jeszcze nuta konfidencji, powiedzmy tak, politycznej. Przy jakiejś okazji, może po wyjątkowym zawaleniu przez wychowanków klasówki z rosyjskiego, albo pracy domowej „Wandzia” powiedziała; „pamiętajcie, że trzeba znać język swoich wrogów, ale wiedzcie też, że Rosja ma wielką literaturę i także dla tej literatury warto znać język rosyjski”.

Szkoda, że podobnego w nastroju przesłania - choć oczywiście innej treści - nie usłyszeliśmy nigdy z ust profesorki od polskiego. Przewlokła nas przez polską literaturę według zadanych z góry schematów, każąc w każdym utworze nie tyle szukać, co znaleźć „wartości ideowe, w tym ślady walki klasowej, obrazy ciężkiej doli chłopa oraz wyzysku robotnika ”. Literatura polska jawiła mi się przez to, jako przedkomunistyczne monstrum, które już od kilku wieków przewidywało zwycięstwo ciemiężonego chłopstwa i proletariatu oraz najlepszy ustrój do końca dziejów z Polską Zjednoczoną Partia Robotniczą na czele. Nic tak mnie nie odrzucało, jak lektury obowiązkowe, których połowy nie przeczytałem, ani wtedy, ani później i o mało przez to nie oblałem matury. A język naszych - może wreszcie już wczorajszych - wrogów znam, dzięki „Wandzi” zwanej początkowo „Żandarmem”. Jeszcze przez kilka lat po skończeniu szkoły odwiedzałem ją przyczepiony do kilku kolegów, którzy należeli do elity klasowej. Przyjmowała nas w swoim mieszkaniu nad Aleją Wolności herbatą i ciasteczkami. Potem wizyty ustały, a potem już nie było damy starszej daty, która mnie, niepozornego ucznia „jedenastej B” pewno szybko zapomniała, ale ja ją dobrze pamiętam i wspominam.

Waldemar Kuczyński