Herb Stowarzyszenie Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu "Ten pierwszy zjazd" - rozmowa z prezesem Stowarzyszenia kol. Jerzym Borowiakiem
Cienka żółta linia
 

Ten pierwszy zjazd

     Jurku, pamiętasz twój pierwszy szkolny zjazd?

     Oczywiście! To było w 1973 roku, byłem wówczas świeżo po studiach, mieszkałem i pracowałem poza Kaliszem. I właśnie na tym zjeździe poczułem. że jestem członkiem pewnej społeczności. W telewizji szedł wówczas głośny serial "Korzenie". Przyjeżdżając na kolejne zjazdy z Łodzi czy Bełchatowa czułem, że mam te korzenie. Obiecywałem też sobie, że jeśli kiedykolwiek los sprowadzi mnie znów do Kalisza, to - oddam innym to, co mnie ofiarowano. Tak też się stało, kiedy wróciłem tu, po 15 latach "emigracji", w 1981 roku.

     Zdaje się, że dość szybko zostałeś wybrany prezesem stowarzyszenia, zrzeszającego wychowanków szkoły?

     Nasze stowarzyszenie wówczas jeszcze nie istniało. Było natomiast Koło Asnykowców przy Towarzystwie Miłośników Kalisza, które stworzył Bogdan Bladowski po zjeździe w 1978 roku, ponieważ w tamtym czasie nie było innych możliwości prawnych. Tak funkcjonowaliśmy aż do roku 1990, kiedy wyszła nowa ustawa o stowarzyszeniach i wtedy wyszliśmy z TMK.

     W 1989 roku nastąpiła u nas pewna pokoleniowa zmiana warty. I tak zostałem ostatnim prezesem koła, a wkrótce potem pierwszym prezesem stowarzyszenia.

     Jak zapamiętałeś tamte pierwsze zjazdy? Czym różniły się one od późniejszych?

     Zjazdy w zasadzie nie zmieniły się... Pamiętam, jak przygotowywaliśmy zjazd w stanie wojennym w 1983 roku. Mieliśmy wtedy mnóstwo wątpliwości, czy w ogóle warto - w takiej atmosferze politycznej i społecznej. Mimo wszystko zaryzykowaliśmy i tamten zjazd niczym nie różnił się od innych. Po prostu więzi koleżeńskie, jakie nas łączą, łamią wszelkie bariery polityczne. Może tylko na trybunach czy w pierwszych rzędach siedzą inni dostojni goście, ale zjazdy są zawsze takie same. Od początku mieliśmy w ich programach tradycyjnie mszę świętą i nikomu to nie przeszkadzało. Zresztą nas to specjalnie nie interesowało. czy władzom się to podoba czy też nie.

     Zawsze miałam odczucie, że funkcjonujecie na jakichś specjalnych prawach. Choć nie wiem, jak to było możliwe?

     A ja wiem! Po prostu zawsze wystrzegaliśmy się politykowania. Nawet w ostatnich dziesięciu latach udało nam się ustrzec pokusie młodej demokracji - i nie poszliśmy w żadną politykę; ani na polu wyborów parlamentarnych, ani samorządowych. Właśnie u nas jest forum, gdzie mogą się spotykać ludzie z lewej i prawej strony, i normalnie ze sobą rozmawiać. Podczas naszych czwartkowych spotkań "Pod muzami" nasi koledzy opowiadają często o swojej działalności - głównie na polu samorządowym. I my się cieszymy z ich indywidualnych sukcesów. Tak samo jest zresztą z kolegami, którzy działają na polu kultury, sztuki itd. Ale generalnie stowarzyszenie jest apolityczne i nie angażuje się po żadnej stronie. Daje nam to poczucie niezależności i wzbudza szacunek.

     Nie zaprzeczysz jednak, że trochę promujecie niektórych swoich kolegów?

     Tak, jeśli na to zasługują, a byli zapomniani czy świadomie pomijani. Robiliśmy to zresztą wspólnie z Towarzystwem Miłośników Kalisza, występując np. o nadanie tytułu "Honorowego obywatela miasta Kalisza" dla Jana Winczakiewicza czy wespół z Kaliskim Towarzystwem Przyjaciół Nauk dla prof. Józefa Garlińskiego.

     Myślę, że w ogóle dzięki naszym zjazdom udało się przybliżyć Kaliszowi wiele wybitnych postaci. Ludzi żyjących z dala od Kalisza, a poczuwających się do związków z tym miastem. Mam nadzieję, że także w tym roku będą tutaj razem z nami.

     Więcej emocji niż polityka wzbudzały zawsze w waszych kręgach... dziewczyny. Pamiętam protesty przeciwko koedukacji w szkole i zdziwienie, kiedy pierwsze absolwentki pojawiły się na zjazdach. Jakie jest w tej kwestii stanowisko prezesa i zarządu?

     To jest pewien mit, kultywowany w wielu tradycyjnie męskich szkołach. Na pewno pokolenie moich starszych kolegów przyjęło złamanie tej tradycji z oporami, ale młodsi inaczej na to patrzą. Nie ukrywam, że jestem wychowankiem szkoły jeszcze wyłącznie męskiej, ale kiedy wróciłem do Kalisza, dziewczęta były i w szkole i w stowarzyszeniu - uważam to za zjawisko normalne. Mój syn chodzi właśnie do liceum Asnyka, co pozwoliło mi poczynić obserwację, że młodzież wychowywana wspólnie przeżywa mniej stresów, nabiera większej ogłady, szybciej cywilizuje się.

     Czy dziewczyny są także w zarządzie stowarzyszenia?

     Mamy trzy panie w 15-osobowym zarządzie. Może nie są to najlepsze proporcje, ale zważywszy wiekową historię szkoły, chyba do przyjęcia. Poza tym kobiety mają dużo zalet, ale sprawne organizowanie jest raczej domeną mężczyzn.

     Ale teoretycznie dziewczyna może zostać prezesem stowarzyszenia asnykowców?

     No... To mógłby być pewien szok! Sądzę, że ta społeczność jeszcze by tego nie zaakceptowała.

     Co w tegorocznym zjeździe najbardziej cię cieszy, a czego w nim zabraknie?

     Zjazd jest zawsze przede wszystkim koleżeńskim spotkaniem. W tym roku będą mu towarzyszyć dwa koncerty, pięć wystaw, cała seria wydawnictw... Cieszy mnie też nowy dziedziniec szkolny i pięknie oczyszczony pomnik Asnyka. A także dwie tablice pamiątkowe. Jedna, ufundowana przez prof. Garlińskiego, upamiętnia wszystkie nazwy szkoły, a pośrednio jej dzieje. Druga, którą trochę na zasadzie niespodzianki przygotował główny sponsor zjazdu, nasz kolega, Zenon Sroczyński ("Hellena"), poświęcona będzie prezydentowi Stanisławowi Wojciechowskiemu. Będzie ona zarazem pierwszym materialnym śladem związków tego wybitnego człowieka z Kaliszem, który nie ma tu nawet własnej ulicy.

     Zabraknie mi natomiast na zjeździe wielu kolegów, którzy już odeszli od nas na zawsze. A przede wszystkim doktora Tadeusza Pniewskiego, który był naszym przewodnikiem duchowym przez wiele lat. I ze swego mieszkania w Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej 123 systematycznie pisał do nas listy, w których potrafił także ostro nas musztrować.

     W Kaliszu mówi się, że zjazd asnykowców będzie najważniejszym wydarzeniem od czasu wizyty papieża...

     Powiedziałbym, że dla nas będzie to najważniejsze wydarzenie od ostatniego zjazdu. Nie ma chyba wielu takich przedsięwzięć organizowanych społecznymi siłami. Tradycją zjazdów jest, że każdorazowo patronat nad nimi sprawuje wojewoda kaliski. Pan Józef Rogacki także zgodził się przyjąć tę funkcję.

     Co będzie po likwidacji województwa kaliskiego? Kto zastąpi wojewodę?

     Nie wiem. Może prezydent Rzeczypospolitej?

Rozmowa z prezesem naszego stowarzyszenia   Jerzym Borowiakiem opublikowana w numerze 73 z dnia 11 września 1998   "Ziemi Kaliskiej". Rozmawiała Bożena Szal.